Wednesday, January 31, 2007

Dzwoni do mnie mój operator tp i pyta: co spowodowało przerwę w połączeniach wychodzących w dniach od...do...??? No żesz...Mówię babie: przerwę spowodowało to, że takowych połączeń nie wykonywano, to chyba jasne??? A baba: ale czy to była jakaś przerwa techniczna czy może pani wyjechała na dłużej??? Wrrr...babo, nie możesz zrozumieć, że nie wykonywano połączeń??? Nie bo nie??? Ze telefon stacjonarny robi raczej za wątpliwej urody dekorację, bo używany jest co najwyżej do wzywania taksówki, a i to nie zawsze!!! No. Robię postępy w gromieniu chyba.
Kupiłam wczoraj kotu zabawkę, bo Andrju mówi, że on taki biedny, nudzi mu się i w ogóle nie ma rozrywek. No to kupiłam mu futrzaną mysz. Kasjerka w tesco mało zawału nie dostała, jak ją zobaczyła na taśmie, bo myślała, że prawdziwa (znaczy się, w ichnich magazynach myszy szaleją?!). Kot w każdym razie zachwycony był, całe pięć minut z myszą latał, podrzucał i pazurami drapał. A potem w całości zeżarł, łącznie z plastikowym korpusem, co był w środku. Zostało z myszy tylko jedno różowe filcowe ucho. Skutek był łatwy do przewidzenia - podczas gdy jedliśmy obiad kot zarzygał pół pokoju, a Andrju na ten widok o mało w jego ślady nie poszedł. Pytanie retoryczne: kto posprzątał???
K. pożyczył nam "Milion dollar baby" i kategorycznie obejrzeć kazał, a my się jakoś nie możemy zebrać, żeby się wziąć i na własne życzenie zdołować. Jedno "Brokeback Mountain" wystarczyło. Mamy czas do piątku, eh...Może ja obejrzę pierwszą połowę, a Andrju drugą??? I poopowiadamy sobie??? Albo włączymy czeski dubbing, wtedy przynajmniej wyjdzie komedia ;)

Monday, January 29, 2007

Jakoś tak sie dziwnie złożyło, że w piątek wypuściliśmy się w miasto we trójkę z K. Po wyjeździe J.'a, który był niejako towarzyskim spoiwem ludzie się rozleźli gdzieś w niewiadomych kierunkach tego wieczoru. Może w ogóle z domu nie wyszli, bo ich nie spotkaliśmy, a jak wiadomo, Gdynia małym miastem jest i na znajomych można się natknąć zawsze i wszędzie. Najczęściej na tych, których się akurat nie chce widzieć never ever again, czyli ex maści wszelkiej. (nie, nie chodzi tylko o TEN rodzaj ex ;P). No w każdym razie wylądowaliśmy na Strychu, który - podobno - jest najstarszą knajpą w tym mieście :O No, ogrzewania nie ma żadnego, więc stary lokal musi być ;P Po wypiciu dwóch piw (tylko dwóch, ale litrowych;)) pojechaliśmy do domu, bo obsługa, jak zwykle, kazała nam się o 1.00 wynosić, jako że zamykali, skurczybyki leniwe. Wieczór bardzo miły, chociaż tylko we trójkę spędzony - no jest to częsta konfiguracja towarzyska u nas, mnie nie przeszkadza, chociaż im więcej, tym weselej;P Sjestra moja udała chorą i nie przyszła, bo się pewnie bała K., a W. sprowadził sobie na noc laskę dopiero co wyjechanego J.'a, świnia jeden. ;D
Rano Andrju obudził się nieżywy i jako taki zalagał w łóźku do późnego popołudnia. Nie wiem czy się cieszyć czy płakać, że ja w ogóle nie miałam kaca, bo to podobno krok do alkoholizmu. A może już alkoholizm, no nie wiem. Nie tylko, że kaca nie miałam - wstąpiły we mnie siły nadprzyrodzone!!! Przemeblowałam chałupę i porządki generalne w szafach zrobiłam, a co. Takiego miałam speeda. Hm. Muszę rozważyć spożywanie większej ilości strychowego piwa, bo dobrze mi robi ;P
A poza tym święto - moje zamówienie empikowe sześć razy anulowane za siodmym razem zrealizowano :O Wmawiam sobie, że specjalnie dla mnie sprowadzili egzemplarz z drugiego końca świata, żeby klientkę swoją najbardziej upartą uhonorować;P

Thursday, January 25, 2007

Sjestra moja sie wystrachała, bo myślała, że K. zaczął ją podrywać i w związku z tym nie pojawiła się na ostatniej imprezie. No buty mi spadli, jak to usłyszałam...

Monday, January 22, 2007

No to żeśmy zaszaleli:P W piątek wieczorem wpadli do nas K. i W. ubrani jak zwykle jak taternicy i poinformowali, że teraz jesteśmy juz tylko ich znajomymi skoro J. wyjechał i zarządzili Sopot. Club70 okazał się lokalem dla gówniarzy ze średnią wieku 18 LOL. Czyli, cytując W.: najstarszy był Andrju, potem ja, potem W. i K., następnie barmanka, DJ i ochrona, potem długo, długo nic i potem reszta gości. Mi tam aż tak nie przeszkadzał ów fakt, jako że może byłam najstarsza, ale na pewno nie najbrzydsza - krem pod oczy rulezzz;PPP Za to Andrju poczuł się nieco...hmmm...emerycko z tą całą swoją trzydziestką. Moim zdaniem niesłusznie, bo niczym się od gówniarzy nie różnił . Przypomniało mi się nawet zdarzenie 2 lata temu u fotografa, który wziął go za gówniarza wyrabiającego pierwszy dowód ;P Tak więc lokal był jaki był, ale za to muzyka!!! Zaczęli od sztandarowych: YMCA, I'm so exited, I will survive, It's rainin' man itd. itp. (lokal niebranżowy zaznaczam, a ostatni raz takie hity słyszałam w Utopii)Zabrakło tylko mojego faworyta czyli I'm coming out żebym się mogła na podium przy rurze outować. A co tam, i tak tam wlazłam. Ale K. odstawiał na rzeczonej rurze takie figury, że gdzie mnie do niego. Niektórzy faceci są z natury rzeczy gibkobiodrzy, czego to dowodzi, hm. Po jakimś czasie muzyka się zmieniła i poleciały kawałki przy których bawiłam się pacholęciem będąc w liceum. Hmmmm....no cóż, MOJE dawne hiciory jako przeboje starszych nastolatków teraz, o tempora, o mores!!! No musiałam, musiałam iśc tańczyć po prostu.
O słusznej godzinie 1.09 zwinęliśmy się do domu, jako że na drugi dzień nie tylko mnie czekało driverowanie.
Sobota była dniem z założenia przeznaczonym na jedzenie i odpoczywanie, jako że byliśmy u teściów. Dziwnie tak siedzieć w fotelu i dawać się karmić, ale ile razy chciałam wstać i pomóc, to teściowa zdecydowanie - ty odpoczywaj!!! Czasem fajnie tak:) W nocy lunatykiem będąc zabrałam Andrju poduszkę, tak że ja miałam 3, a on ani jednej. I jeszcze protestowałam, jak chciał mi odebrać, co jego:)
A tak w ogóle zastanawiam się, co się z moimi pierwotnymi znajomymi z 3city porobiło. Połowa wyjechała. Druga połowa się pohajtała i uważa, że wychodzić już nie wypada. Trzecia połowa się obraziła na czwartą i nie można brać pod uwagę niektórych konfiguracji towarzyskich planując wieczór. A piąta połowa się puszcza, więc szóstej połowie wstydzi się w oczy spojrzeć i nie przychodzi. No paranoja jakaś.

Thursday, January 18, 2007

Wziął J. i normalnie emigruje :O Niedługo zostaniemy z Andrju w tym kraju sami chyba, bo juz połowa znajomych poszła w pizduuuuuuuuuu... Zatem szczoteczkę do zębów naszego weekendowego współlokatora możemy wywalić, bo juz się po nią nie zdąży zgłosić. Znajdziemy sobie nowego ;PPP
Wybieramy się jutro do Clubu70 w Sopocie, zobaczę co to za miejsce, bo nie byłam nigdy. Może uda się potańczyć nawet, skoro muzyka niby inna niż wszędzie indziej...No zobaczymy. A w sobotę - na wieś!!! Spać, jeść i spacerki, żeby się trochę zregenerować, bo normalnie czuję się ostatnio zużyta. Od kilku dni chodze spać o 21.30 :O Jak dziecko, proszę państwa, jak dziecko :/

Tuesday, January 16, 2007

lazy weekend

Urodziny J.'a wypadły w piatek, toteż udaliśmy się do Bluesa, aby je świętować. Szanowny solenizant, a raczej jubilat zamówił stoliki juz na 19.00, zatem w podskokach wracaliśmy z pracy, aby byc na czas:) Moja sjestra, 10 lat młodsza, zaszczyciła nas tym razem swoją obecnością, co mnie niezmiernie zdziwiło, bo bywac ona za bardzo nie lubi... no nie odziedziczyła odpowiednich genów chyba ;) Ze względu na wczesną porę towarzystwo zważyło się dość szybko i poczęło eksplorować lokal, zamiast grzecznie konwersować przy stolikach. I niech moja mama lepiej sie nie dowie, co jej młodsza tam wyczyniała, bo będzie - jak zwykle - na mnie. A tak a'propos - wkurwu ciąg dalszy. Zaczęło się od filmu, TEGO filmu, który, jak się okazało - bardzo się mojej rodzicielce podobał (!!!), a wkurw był o to, że mnie się podobał ZA BARDZO. Hm. Niezgłębiona jest dla mnie kobieca psychika momentami ;P
Po imprezie puściłam sjestre do domu pod opieką K., bo uznałam go za bezpieczne towarzystwo. I rzeczywiście, odprowadził pod same drzwi nawet, po czym odwrócił się i poszedł, co sjestra odnotowała z niejakim zdziwieniem;P
Kolejny wkurw miał miejsce w niedzielę. Poszło mianowicie o garnki. Kto zdrowy na umyśle, inteligentny i nie bardzo gotujący kupuje garnki za 4000 zł (cztery tysiące!!!!!!!!!!!!!!! Garnków za to sztuk 4). No na pewno nie ja. Swoje zdanie na ten temat wyraziłam głośno i dobitnie czym naraziłam się na spojrzenie_które_zabija. Przynajmniej wiem, po kim je odziedziczyłam tak BTW. No w każdym razie mam teraz przerąbane.
W sobotę wybralismy się na "Pachnidło". To już drugi dobry film, jaki obejrzelismy w tym miesiącu, polecam:)
Sjestra ściąga mi Oz'a. (bo to dobre dziecko jest), a "Prison Break" ma być w Polsacie. No żyć nie umierać po prostu:)

Thursday, January 11, 2007

będę bita, oj bita będę...

...przez moją mamę!!! Jako że w prasie przeróżnej kolorowej i szmatławej też pojawiły się podsumowania roku 2006, rodzicielka moja wyczytała, że najlepszym filmem wyświetlanym w polskich kinach w tymże roku była "Tajemnica Brokeback Mountain". Zatem kategorycznie i natychmiastowo zażądała DVD, aby móc się z owym filmem zapoznać. No to sie zapoznała i zła jest na mnie teraz, więcej - jest wkurwiona!!! :O Jeszcze nie wykumałam dokładnie, za co. Możliwości jest kilka:
1. Jak ja mogłam narazić ją na obejrzenie filmu na TAKI temat.
2. Jak ja mogłam kilka miesięcy temu zabrac do kina moją młodszą siostrę (na TAKI film!!! Dziecko skrzywione bedzie!!!).
3. Jak w ogóle mi się mógł podobać TAKI film.
4. I w ogóle dlaczego TEN film tak trudno wyjąć z pudełka???!!!

Monday, January 08, 2007

WTF???

Bardzo osobliwą rzecz usłyszałam w piątek podczas naszej cotygodniowej bytności w Zielonej (bo w Bohemie to już nie, oj nie przez jakiś czas;)) Mianowicie, pewien facet powiedział coś w stylu, że ze mną rozmawia mu się jak z facetem. Na widok mojej opadniętej szczęki dodał, że to z jego strony komplement, bo on z kobietami z zasady gadać nie lubi, bo nie ma o czym... Hm. WTF? Za dużo z facetami przebywam chyba ;D Jeśli na dodatek kiedykolwiek zacznę ślinić się na widok przechodzących kobiet i komentować ich wdzięki, proszę mnie łaskawie kopnąć w d........
W sobotę poszliśmy na "Prestiż". Hugh Jackman i Christian Bale razem w jednym filmie, hm, hm, niewątpliwie dodało to atrakcyjności seansowi, chociaż, oczywiście "Nothing compares to you" Andrzejku :)))
Na przeciwległym biegunie znalazł się duet Matt Damon/Leonardo Di Caprio, którzy skutecznie odstraszyli mnie od "Infiltracji". Może na DVD obejrzę. Albo nie. Albo tak. Eee...nie.
Nasz weekendowy współlokator polegiwał u nas w pościeli do późnego popołudnia, aż jego mama zadzwoniła i kazała łaskawie ruszyć leniwe dupsko do domu :D Haha. Widać ludziom dobrze u nas:)

Friday, January 05, 2007

po przerwie

Pisać oczywiście, nie zabronili, ale co urlop, to urlop:] Swięta, święta i po świętach:] Jesteśmy z Andrju nieprzyzwoicie objedzeni, dlatego od kilku dni jedziemy na sałatkach (mój tata by się załamał, że zielskiem chłopa karmię ;))
Prezenty, oczywiście, były, a co. Przykładowo - od J.'a dostaliśmy prezerwatyw maści wszelkiej sztuk 40. Nie wiem, czy będą użyte zgodnie z przeznaczeniem, bo może to jest zemsta??? Za te czekoladowe, co mu kiedyś kupiliśmy i się rozpękły??? A że miał gówniaż 18 lat dopiero, to przez jakiś czas miał traumę. Mniejsza o to, jak się objawiała, nie wnikałam ;P Zatem w/w ogumienie dekoruje nam obecnie blat kuchenny, ułożone ładnie w misce na owoce celem szokowania gości. A raczej odwiedzającej nas rodziny z pokolenia wyżej ;P
Dostaliśmy też krajalnice elektryczną (???). Jak Andrju niegrzeczny będzie, to...;P
Tyle o świętach. W przerwie między latałam intensywnie na aerobik. Takie poczucie winy miałam. Sylwester, hmmm...Dzień przed dowiedzieliśmy się, że impreza ma być przebierana, no żesz...Temat dowolny na szczęście. Po początkowym buncie ("nie nie nie, nie przebierzemy się!!!") postanowiliśmy wykombinować sobie przebrania, które - w razie czego - można łatwo zdemontować. Padło na lata 40. Andrju został H. Bogartem a ja jego laską. Specjalnie pojechaliśmy do klifu zanabyć mu kapelusz nawet :) Ja sobie pożyczyłam boa z piór, siatkowe rękawice i kabatetki, zaopatrzyłam się w lufę i Chesterfieldy i było ok. Jak się okazało, przebrali się wszyscy, więc dobrze, że się nie wyłamaliśmy. Od mojej mamy pożyczyliśmy elegancką czarną pelerynę, w którą to ubrał się W. Mama pyta, za co się przebrał??? (nie wiecie, elegancka, czarna, bla, bla, bla). No jak za co. Za pastucha!!! I dokładnie tak wyglądał. Trójmiejski styl imprezowania - gospodarz kazał się stawić o godzinie 19. O 22 impreza była już rozkręcona, towarzystwo pijane i odurzone nie wiem czym jeszcze. Mniej więcej o tej porze rozmawiałam z A., który dopiero na impreze jechał. Warszawski styl imprezowania;D
O godzinie 3 postanowiliśmy z Andrju zwinąć się do domu. A że zamówienie taksówki, było, jak co roku, niemożliwością, wymyśliliśmy bardzo mądrze, że wracamy piechotą. Jak pójdziemy obwodnicą, to za 1,5 godziny będziemy na miejscu. (durni, durni, durni!!!) Na szczęście jakiś litościwy taksówkarz akurat przejeżdżał, więc spacer został nam oszczędzony, uf.
A teraz znowu arbeit, arbeit...eh. Te niedobory spać mi nie dają ostatnio, no skąd ich tyle?????????????