:)))))))))))))))
Księgowość do spółki z dyrekcją wyznaczyła mi spotkanie no i znowu spędziłam dwa dni w mieście, w którym wprawdzie żyje się gorzej, niż w moim, no ale bez przesady. Całą drogę nawiedzały mnie ponure myśli że o bosz, znowu ta warszawka, znowu trzeba będzie wypić tyle tego piwska, o matkoscorkom!!! ;PPP
Po zaliczeniu wkurwu w firmie i zostawieniu Meine Muter pod Pałacem Kultury z tekstem "radź sobie, do jutra", mogłam nareszcie zająć się swoimi sprawami, więc udałam się w stronę dzielnicy odległej, acz dobrze skomunikowanej. Na miejscu czekał już Cyber T. Z browarami. A nie mówiłam??? ;) Zeby się odpowiednio nastroić psychicznie przed koncertem słuchaliśmy ostatniej płyty Mosquito, jednocześnie się makijażując, czesząc, prasując i tak dalej. Yyy...tzn., tylko ja się malowałam, a tylko Cyber T. prasował, żeby było jasne. Oczywiście, zapomniałam połowy rzeczy, a moje pytanie o suszarkę do włosów spotkało się z rozbawieniem. Nieśmiało zapytałam jeszcze o lakier, a o prostownicę już nie śmiałam ;) No cóż, poradzimy sobie inaczej.
Tuż przed wyjściem wyszło na jaw, że żadne z nas nie wie, gdzie mieści się klub, do którego zobowiązani byliśmy się udać. Bojąc się dzwonić w tej sprawie do organizatora - no przecież by nas zbluzgał, a potem do domu nie wpuścił - pytaliśmy przypadkowych ludzi na ulicy. Ten świntuch Cyber T. zaczepiał głównie obce kobiety i roztaczał uroki swoje, no, tak je rozdrażniał i zostawiał ;P Ale osiągnął cel - ostatecznie wskazały nam drogę:)
Stoimy pod drzwiami, a ogganizator mówi - przyjdźcie za godzinę!!! To po kiego grzyba tak się spieszyliśmy??? ;P Z rozpaczy poszliśmy się upić do baru na przeciwko, rozprawiając o naszym ciężkim życiu i pogrążając się w mrokach dekadencji. Cena piwa spowodowała jednak natychmiastowe wytrzeźwienie.
11 zł. (słownie - jedenaście złotych).
!!!
Wujek??? Czytasz???
No dobra. Po godzinie wpuszczono nas do Mono. (bosz, jak mi to wierszem wyszło, tak lirycznie i artystycznie). Koncert - super, zespół się naprawdę rozwinął od poprzedniej płyty. Bardzo fajnie grali. W międzyczasie poszliśmy do baru, a ponieważ pozbawieni jesteśmy barowej siły przebicia, to nabycie piwa nastręczyło nam niejakich trudności. W końcu barman nie mógł mi się oprzeć (dziwny lokal) i w odpowiedzi na moje miłe, aczkolwiek znaczące spojrzenie - podał, co należało. (BTW - 9 zł).
Wieczór, jak się okazało, miał dla nas jeszcze inne atrakcje, takie jak półgodzinne oczekiwanie w kolejce do kasy w Tesco (no bo kto mądry chodzi tam o północy?!) oraz wizytę u - już śpiącej - Glorii celem pobrania faktur dla Adasia (a Cyber T. to anioł, nie współlokator!!! Marsz doceniać!!!). A potem już tylko spanie. O godzinie piątej słyszę hałas - to wraca gospodarz i w postaci nieżywej kładzie się do wyra. Czyli - wieczór udany:) Do następnego!!!
Po zaliczeniu wkurwu w firmie i zostawieniu Meine Muter pod Pałacem Kultury z tekstem "radź sobie, do jutra", mogłam nareszcie zająć się swoimi sprawami, więc udałam się w stronę dzielnicy odległej, acz dobrze skomunikowanej. Na miejscu czekał już Cyber T. Z browarami. A nie mówiłam??? ;) Zeby się odpowiednio nastroić psychicznie przed koncertem słuchaliśmy ostatniej płyty Mosquito, jednocześnie się makijażując, czesząc, prasując i tak dalej. Yyy...tzn., tylko ja się malowałam, a tylko Cyber T. prasował, żeby było jasne. Oczywiście, zapomniałam połowy rzeczy, a moje pytanie o suszarkę do włosów spotkało się z rozbawieniem. Nieśmiało zapytałam jeszcze o lakier, a o prostownicę już nie śmiałam ;) No cóż, poradzimy sobie inaczej.
Tuż przed wyjściem wyszło na jaw, że żadne z nas nie wie, gdzie mieści się klub, do którego zobowiązani byliśmy się udać. Bojąc się dzwonić w tej sprawie do organizatora - no przecież by nas zbluzgał, a potem do domu nie wpuścił - pytaliśmy przypadkowych ludzi na ulicy. Ten świntuch Cyber T. zaczepiał głównie obce kobiety i roztaczał uroki swoje, no, tak je rozdrażniał i zostawiał ;P Ale osiągnął cel - ostatecznie wskazały nam drogę:)
Stoimy pod drzwiami, a ogganizator mówi - przyjdźcie za godzinę!!! To po kiego grzyba tak się spieszyliśmy??? ;P Z rozpaczy poszliśmy się upić do baru na przeciwko, rozprawiając o naszym ciężkim życiu i pogrążając się w mrokach dekadencji. Cena piwa spowodowała jednak natychmiastowe wytrzeźwienie.
11 zł. (słownie - jedenaście złotych).
!!!
Wujek??? Czytasz???
No dobra. Po godzinie wpuszczono nas do Mono. (bosz, jak mi to wierszem wyszło, tak lirycznie i artystycznie). Koncert - super, zespół się naprawdę rozwinął od poprzedniej płyty. Bardzo fajnie grali. W międzyczasie poszliśmy do baru, a ponieważ pozbawieni jesteśmy barowej siły przebicia, to nabycie piwa nastręczyło nam niejakich trudności. W końcu barman nie mógł mi się oprzeć (dziwny lokal) i w odpowiedzi na moje miłe, aczkolwiek znaczące spojrzenie - podał, co należało. (BTW - 9 zł).
Wieczór, jak się okazało, miał dla nas jeszcze inne atrakcje, takie jak półgodzinne oczekiwanie w kolejce do kasy w Tesco (no bo kto mądry chodzi tam o północy?!) oraz wizytę u - już śpiącej - Glorii celem pobrania faktur dla Adasia (a Cyber T. to anioł, nie współlokator!!! Marsz doceniać!!!). A potem już tylko spanie. O godzinie piątej słyszę hałas - to wraca gospodarz i w postaci nieżywej kładzie się do wyra. Czyli - wieczór udany:) Do następnego!!!

3 Comments:
Czyta wujek czyta, hesusiekochany to ja tu tyle place za bro O.o
A w ogole to ty pijak jestes.
Ale to dobrze.
To rodzinne.
2.11, pamietaj :)
Oczywiście, że pamiętam:) Jak ja pijak, to i Ty. No, w końcu masz to po mnie;)
buy tramadol saturday delivery how do i buy tramadol online yahoo - tramadol online rezept
Post a Comment
<< Home