Monday, February 26, 2007

Po tygodniowej przerwie (nie licząc półgodzinnego wysyłania maila wczoraj) dorwałam się wreszcie do kompa. W pracy, oczywiście. Co za tydzień. Wyjazd służbowy mnie wykończył, ale i pozostawił niejaką satysfakcję - kiedy JA coś organizuję, to nie ma tego typu wpadek, jakie miały miejsce w centrali. Nie chce mi się nawet pisać, co to było, ale tu, w Sopocie - nie do pomyślenia, o!!! Na szczęście nasi "kluczowi + liderzy opinii" dostali na koniec dużo dobrego żarcia (i alkoholu), więc, chyba - a przynajmniej częściowo - o wcześniejszych wpadkach zapomnieli. A może sie łudzę tylko. Powtórka z rozrywki będzie u nas i na głowie stanę, żeby żadnego foyer nie było:)
Z pracowniczej imprezy wyrwałam się godzinę przed zakończeniem, żeby się spotkać z towarzystwem nieco młodszym i nie tak wystrojonym, tzn. nie w wieczorowych sukniach a la sylwester w remizie. Po kilku kieliszkach wina i wysłuchaniu kilku zabawnych historii postanowiliśmy z kolegą Adamem zmienić lokal i udać się do Toro, a co:) Rodzinie powiedziałam potem, że byłam w lokalu, w którym niejaki pan S.M. (coż za inicjały tak BTW!!!) hiffa ludziom zapodawał, co wywołało w mojej rodzinie powszechne przerażenie. Uspokoiłam ich, że tym razem tego pana nie było, ale i tak patrzą na mnie podejrzliwie.
Do hotelu dotarłam ok. godziny 4 rano (jesoo, jakie tam mają tanie taksówki!!! Rozmowy mojej z taksówkarzem już nie przytoczę, bo dostałam nagłego ataku sklerozy), a pracownicy wraz z klientami chleją w hotelowym barze. Kobity przekrój wiekowy 50-70 zataczające się wzdłuż korytarzy to widok naprawde niecodzienny;)
Jadąc na adrenalinie całe dwa dni nie zauważyłam, jak jestem zmęczona. W czwartek o 6.30, kiedy zadzwonił budzik, chciałam umrzeć!!! W rezultacie po prostu wzięłam dzień wolnego. Należy mi się w końcu:)
A w weekend spokój, cisza, żadnych imprez - no sielanka po prostu:)

0 Comments:

Post a Comment

<< Home